Co dalej z "Jaraczem"?

Autor: Iga Skolimowska

Dodano: 27-09-2018

Archiwum Teatru

Marzę o tym, by Teatr w Olsztynie wrócił do bycia sztuką wysoką. Choć nie przepadam za tym określeniem, to jednak najdoskonalej oddaje ono moją ideę Teatru. Marzę też, by nie bratał się z komercją, bo naprawdę nie musi tego robić.

Wiele podobnych marzeń i refleksji wzbierało we mnie przez niezliczone miesiące, lecz nie miały ujścia. Oprócz prywatnych rozmów z ludźmi młodej sztuki olsztyńskiej, gdzieś w zaciszu spotkań lokalnych artystów-amatorów - żadnego głosu z zewnątrz, żadnego komentarza, żadnej rzeczowej recenzji, a przecież wielu jest widzów teatralnych, którzy z ,,Jaracza’’ wychodzą często z wielkim niesmakiem. Czegoś zawsze brakowało - nie tylko im, ale i mnie - by tę frustrację wykrzyczeć, na papierze chociażby. Ale nareszcie nadeszła pora:  wylewam najgłębsze żale, dzielę się moimi nadziejami i marzeniami odnośnie olsztyńskiej sceny teatralnej.

Jest wiele składowych, które złożyły się na to, że nasz Teatr znacznie odbiega od rozpoczynających ten tekst marzeń. Odczuwam jakby ten upadek wydarzył się na dwóch płaszczyznach: repertuaru oraz pewnej wzniosłej (chociaż nie do końca sprawdzonej) idei. To kwestia nawet nie doboru repertuaru, ale samego wykonania spektakli, tego, co i w jaki sposób przekazują pozostawia wiele do życzenia.

Humor w Teatrze jest ważny, temu nie przeczę, lecz coraz częściej w tym przybytku kultury i sztuki czuję się jak na miernym kabarecie, z bardzo płytkimi żartami i fabułą. Prawie każdą sztukę, czy awangardową, czy (o zgrozo!) klasyczną spłyca się do poziomu powierzchownego gagu. Co jednak się tyczy w ogóle wizji reżyserskiej, to zgodniśmy chyba wszyscy, iż powinna sztukę ubogacać, rzucać na tekst nowe światło. Lecz przyznam szczerze, iż wiele razy takiego zjawiska w ,,Jaraczu’’ nie doświadczyłam, oglądając tworzone na siłę, wymyślne zabiegi reżyserów, bardzo często realizujących jedynie swoje ego, swoje namiętności, pomijając w ogóle to, co pragnął tekstem przekazać dramaturg, jak chciał wpłynąć na myśli widza. Reżyserzy tworzą często jakby neo-modernistyczną “sztukę dla sztuki” - sztukę, w której jedynie oni się odnajdują. A widz? Niech zapłaci, przyjdzie, wysiedzi te dwie godziny. Nie zrozumie? To trudno! Ważne, że JA siebie w pełni wyraziłem!  
Czuję się tak, jakby teatr publiczny, istniejący jako Narodowa Instytucja Kultury, służył jedynie do zaspokajania widzimisię twórców i prowadzących Teatr, a nie zaspokajania głodu sztuki i kultury mieszkańców naszego miasta.

Drugą stroną medalu jest wspomniana wcześniej “wzniosła idea”, którą podejrzewam, że nie tylko olsztyński teatr się kierował, jednak finalnie nie najlepiej na tym wychodzi. Postawię pewnie dla wielu osób kontrowersyjną tezę, iż zbytnia gorliwość byłej dyrekcji ,,Jaracza’’ o upowszechnienie tej muzy jak największej liczbie osób, sprowadziło ją na  zgubną drogę.

Wierzę, że chciał przyciągnąć masę widzów, bez względu na wiek, grupę społeczną, wykształcenie. To bardzo szczytna idea: rozpowszechniać piękno. O ile się rzeczywiście pragnie nim ubogacać przybyłych słuchaczy, dawać coś sponad doczesności, a nie, jak to niestety się dzieje, pod hasłem niesienia “kaganka sztuki” zaniżać poziom repertuaru, by wyjść naprzeciw potrzebom większości społeczeństwa, żyjącej bardzo szybko, płytko, popkulturowo.

Zachęceni nietrudną tematyką, niewymagającą literaturą i zatrważająco prostym przekazem widzowie przyjdą, całkiem licznie, a czasami może wrócą, ale bez większej pasji i zainteresowania. Ponieważ po pewnym czasie zorientują się, że podobny poziom rozrywki mogą znaleźć gdzie indziej, za niższą cenę niż cena biletu na spektakl. A niestety najwięcej cierpią na tym widzowie z większymi wymaganiami co do sztuki i rozrywki, publiczność pragnąca nurkować głębiej; publiczność, która już w niewielu miejscach w tym popkulturowym świecie może się nasycić sztuką wysoką, nakarmić swoją duszę, a nie zapchać chwilowo tanimi przekąskami. Taki widz jest skory zapłacić (prawie) każdą kwotę, by nareszcie swój azyl znaleźć, szczególnie dziś. I taki właśnie widz wróci do teatru, bo tam, w jednym z niewielu w tym świecie miejsc, może obcować z ambitną sztuką, a przynajmniej ma taką nadzieję. I ta publiczność cierpi katusze nie mogąc, już nawet w tak niegdyś wielkiej sztuce jak Teatr, odnaleźć czegoś więcej niż pełnego przekleństw taniego gagu na temat rządu, czy złamanej brzozy. Takimi drobnymi rzeczami, które wpływają na całość odbioru, niepostrzeżenie zamieniamy miejscami dwie pierwsze głoski w kolokwialnym zwrocie “odchamiać się”.

Teatr zawsze lubił rozbawiać, ale także i poruszać. Przypomnijmy sobie w końcu, że w orszaku Apollona ramię w ramię z Talią idzie również Melpomene. Wierzę, że Teatr nie chce stać się drugim kabaretem, tylko że tym w ładniejszej scenerii. Marzę więc, by Teatr zaoferował mi coś więcej niż tylko komentarz do aktualnej sytuacji politycznej czy niepotrzebny potok wulgaryzmów. Marzę o tym, by pójść do teatru, gdzie żart będzie inteligentny, gdzie odsunę na chwilę sprawy doczesne i zajmę się tym wszystkim nieuchwytnym i ponadczasowym, co nam pozostawiła literatura i dziedzictwo tylu pokoleń mądrych ludzi.

Rozmyślam o tym wszystkim w kontekście zmian dyrekcji Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie. W mojej głowie wciąż roi się od pytań: czy nasz jedyny profesjonalny teatr dramatyczny uczyni jakiś krok w przód, czy pozostanie na etapie wielkich kampanii reklamowych, a niskiej jakości repertuarze?

Cały czas mam nadzieję...

Copyright © 2018 Karolina Obrębska