Recenzja: Zielone światło dla Żółtoniebieskiego

Autor: Krzysztof Bralski

Dodano: 24-03-2019

żółtoniebieski
Reżyserka Honorata Mierzejewska-Mikosza podjęła się zadania zaczarowania publiczności inscenizacją książki dla dzieci pod tytułem „Mały żółty i mały niebieski” autorstwa Leo Lionniego. Premiera spektaklu dla najnajów – czyli najmłodszych odbiorców teatru, odbyła się 2 marca na scenie kameralnej Olsztyńskiego Teatru Lalek.

Teatr najnajowy dopiero od kilku lat zaczyna podbijać sceny. Pokaz prasowy tylko podsycił moją ciekawość – zapowiedzi prezentowały sztukę sensualną, skupioną wokół żywiołu zabawy. Sami twórcy podczas konferencji mówili, że w „Żółtoniebieskim” jest dużo z eksperymentu artystycznego. Uzbrojony w tę wiedzę wyruszyłem na premierę, by skonfrontować oczekiwania z efektem końcowym pracy twórców.

Przy wejściu na widownię dostałem niewielką zabawkę – kawałek drewienka z dwoma otworami, przez które można było oglądać świat na niebiesko i żółto. Za pomocą tego narzędzia widownia mogła spojrzeć na białą scenę z perspektywy głównych bohaterów – Małego Żółtego lub Małego Niebieskiego. Zabieg ten spotęgowany był tym, że na początku spektaklu również aktorzy obleczeni byli w biel.

„Żółtoniebieski” stroni od słów. Poza początkową ekspozycją i podsumowaniem, przedstawienie jest niemal nieme. Zamiast tego twórcy przemawiają do nas zupełnie innym językiem, tym, który jest najbliżej małego odbiorcy – językiem zabawy. To ona jest filarem przedstawienia – szczególnie silnie przemawia przez Małego Niebieskiego granego przez Piotra Michalczuka. W grze aktora widziałem, że dał się on ponieść tej dziecięcej radości. Uwierzyłem, że dobrze bawi się robiąc fikołki i skacząc po scenie.

Dużo pracy włożono w różnego rodzaju efekty specjalne z zastosowaniem projektora. Gra świateł przyciąga tutaj oko, mimo że paleta kolorów przez większość czasu jest ograniczona do żółtego, niebieskiego i zielonego. Ponadto rekwizyty, które powoli piętrzą się na scenie, są zrobione na tyle pomysłowo, by zaskakiwać małego widza. Całość doświadczenia kieruje się bardziej w stronę „poczuć” niż „pokazać”. Buduje to centralna i najsilniejsza część, kiedy dwoje przyjaciół spędzają ze sobą czas oddalając się do własnego, kolorowego świata.

W trakcie spektaklu poczułem jak powoli budzi się we mnie dziecięca ciekawość – zaraziłem się nią od młodszych uczestników, którzy nie mogli usiedzieć w fotelach. Najnaje pokazywały swoim rodzicom, co dzieje się na scenie, komentowały na głos, albo oznajmiały swoje zdziwienie. I jest to bardzo dobry wyznacznik jakości „Żółtoniebieskiego” – trafił do bardzo wymagającego i zaangażowanego odbiorcy, ponieważ bardzo sprawnie stymuluje ciekawość najmłodszych do odkrywania świata. Natomiast we mnie sztuka ta wywołała poczucie nowości, którego doświadcza dziecko odkrywające otaczającą je rzeczywistość.

W miarę jak akcja posuwa się do przodu, scena ożywia się. Aktorzy zmieniają stroje i dodają nowe elementy otoczenia, które wypierają pierwotną biel. W całym tym kolorowym wirze rozwiązanie akcji wydaje się być przeprowadzone zbyt szybko. Sama fabuła jest naturalnie prościutka, ale wejście w zakręt fabularny przy tej prędkości „dziania się” spowodowało, że z zaciekawienia zostało suche zdziwienie. Podsumowanie ma w sobie odpowiedni ładunek dydaktyczny, ale miałem wrażenie, że w tym miejscu jakiś fragment został wycięty.

„Żółtoniebieski” jest wydarzeniem magicznym. Ten rodzaj teatru pozwala spojrzeć osobie dorosłej oczami dziecka, a dziecku uchylić okno do świata. Pobudza wyobraźnię, bierze szturmem umysł widza i zostawia go z poczuciem nowości. Jest pomostem do świata sielankowej zabawy zbudowanym na bardzo przystępnym środku przekazu.


__________________________
Autor zdjęcia: Paweł Strzelec
Copyright © 2018 Karolina Obrębska